Posty

Antypatyczność, czyli o moim problemie ze wzruszeniem

 Problem emocji w kulturze to bardzo szeroki temat - w końcu czymże jest twórczość człowieka, jeśli nie jednym wielkim opowiadaniem o swoich i cudzych przeżyciach?  Nie jestem kulturojadem przesadnie emocjonalnym w zetknięciu z filmem, książką czy inną formą doświadczeń kulturowych. Rzadko przy takich okazjach płaczę. Wyznając: płakałem będąc dzieciakiem na "Szeregowcu Ryanie" (bo mój tata płakał), na "Przyjaciołach" (gdy Chandler się oświadczał, a mnie ogarnęła samotność) oraz na "Toy Story 3", gdy Andy oddał zabawki. I czasem było blisko, na przykład na każdej z części "Strażników Galaktyki", ale jednak są to jedynie incydenty. Książkowo jeszcze nigdy nie uroniłem łzy - po prostu inaczej obcuję ze wzruszeniem, inaczej zbiera się we mnie ta emocjonalna energia. Tak już mam, choć im więcej lat na karku, tym więcej jakby takich drżeń w momentach dla mnie niespodziewanych - zobaczymy, czy i kiedy dojdę do etapu płaczącego jak bóbr. Tymczasem jest p...

Zmatowiałem, czyli parę słów o grze, która wylazła poza ekran

Obraz
 Lata temu "rzuciłem" gry video. Była to świadoma decyzja, poparta logiką czasową - jeśli zarywam noce, żeby przejść kolejną ścieżkę Alpha Protocol, wyzbierać znajdźki w Asassin's Creed czy wbić poziom w Diablo II, mogę mieć problem z ogarnięciem studiów.  Dziękowałem sobie za taką decyzję. Nie miałem co prawda kłopotów na studiach, czytałem w zawrotnym tempie, a doświadczenia zarywania nocek skutkowały oczytaniem i rozciągniętą do granic możliwości dobą, ale jednak czułem, że robię coś dojrzałego, dobrego. Jednocześnie nienawidziłem się za to. Zniszczyłem laptopa, kupiłem takiego bez karty graficznej, żeby służył do pisania i tak to trwało parę dobrych lat. Zastąpiłem gry video planszówkami, które dają podobną satysfakcję, a wymagają jednak ludzi, dają pretekst do spotkania z innymi ludźmi. Uwielbiam do dziś. Skąd ten wstęp? Ano dostałem w tym roku PlayStation 5, z wielkiej rodzinnej zrzutki z okazji przekroczenia trzydziestki. Nie chciałem tego, wyraźnie to zadeklamował...

Powrót - to nawet nie jest on!

 Blogi są pięknym dziełem boga internetu - niby coś więcej niż zwykły komentarz na Twitterze, niby bardziej czytane niż długie opisy na Instagramie, pewnie częściej otwierane niż artykuły w gazetach, ale nadal niszowe. Dziś już blogów się prawie nie pisze, przecież jest tyle alternatyw! A ludzie nie czytają! Niespecjalnie mnie to rusza. Czy byłby to blog czy podcast, ja w sumie chętnie się wypowiem, bo się nie znam. Proszę nie traktować tego jako dezynwolturę czy bezczelność - nazwę to szczerością niezauważalnego głosu. Kiedyś postawiłem tu blog, ale zorientowałem się dopiero, kiedy zobaczyłem wpisy sprzed 6 lat. Zmieniłem nazwę, zmieniłem plany - dlatego nie nazywam tego powrotem do pisania. Regularności blogowania zawsze mi brakowało, systematyczności stawiania kolejnych znaków. Nie potrafię też obiecać, że długo tu wytrzymam. Ot, chciałbym się dzielić przemyśleniami. W planie są: - notatka o Barbie i Oppenheimerze - dobre filmy, świetne wydarzenie z premierami, jest o czym mówi...

Popłuczyny po mordercach

Obraz
Zdenerwowałem się. Po pierwszym zwiastunie "Ach śpij kochanie", w którym siedział sobie Chyra i zgrywał Pięknego Władzia, uznałem że magia kina może ponownie sprawić, że polski morderca zainteresuje mnie swoją historią. W końcu "Jestem mordercą" tak fantastycznie się udało! No właśnie – "Jestem mordercą". Duży sukces Macieja Pieprzycy olśnił uśpionych reżyserów marzących o podobnej sławie i splendorze. Recepta jest prosta: świetny aktor jako morderca, aspirujący jako początkujący policjant. Do tego dorzucamy przaśnie przedstawiony światek PRL, pijącego partnera, piękną kobietę, skorumpowanych przełożonych i skomplikowane relacje między śledczym a oskarżonym. Proste? Już "Amok" w zwiastunach pokazywał, że to film Pieprzycy będzie najlepszym źródłem odniesienia. Cóż, porażka na całej linii, ale temat seryjnych morderców nie został wyczepany, więc pazerni filmowcy odkopali kolejnego zabójcę. Władysław Mazurkiewicz, Piękny Władzio – i zagrał...

Strachy i śmiechy

Obraz
Istnieją chyba tylko dwa sposoby oglądania horrorów: na poważnie, wsiąkając w klimat oraz ironicznie, przewidując jump scare'y i chichocząc z efektów specjalnych. Annabelle: Creation zadowoli fanów obu sposobów. Ale połowicznie. Przyznam się do pewnej niekompetencji – nie widziałem pierwszego filmu o laleczce opętanej złem i szałem mordowania. Odnotowałem jedynie obecność tytułowej laleczki w Conjuring 2  Jamesa Wana, kiedy to Anabelle zaśmiecała magazyn dzielnych poskramiaczy demonów. Budowanie horrorowego uniwersum, w którym kolejne demony ujawniają swoją obecność (ważne słowo dla tego świata, nie mogę uniknąć powtórzeń), a ludzie usiłują podjąć z nimi walkę ma w sobie duży potencjał. Wszystkie serie rozwijają się w modne uniwersa, oferując tak atrakcyjną dla współczesnego widza serialowość. Jeśli nie skończy się na występach gościnnych znanych bohaterów – tutaj mamy prequel, więc geneza lalki dostarcza paru powiązań – wróżę temu uniwersum świetną przyszłość. Ale dość ...

Pretensjonalny bękart

Obraz
Kuba Czekaj zdążył już ugruntować sobie pozycję w polskim kinie. Jego filmy są buntownicze, pełne eksperymentów formalnych i traktują o młodych ludziach w newralgicznym momencie dojrzewania. A Królewicz olch  wygląda jak dzieło debiutanta. Zwiastun kipiał fantastyczną energią, intrygował narracją i filtrami. Plakat – a właściwie oba! – również jest doskonały. Po seansie stwierdzam, że cała ta para poszła w gwizdek. No, jeszcze napisy końcowe wyglądają nieźle.  Fabuła sama w sobie jest prosta jak cep – poznajemy historię czternastolatka bez kolegów, ale za to posiadającego bogatą relację z matką oraz ponadprzeciętne zdolności w kierunku fizyki. Ojca brak. I tyle. Gdzieś w tle jakiś konkurs, pojawia się ojciec, problemy matki, urodziny chłopaka... Przy czym narracja nieustannie zmienia kierunki, więc pewne wydarzenia poznajemy z perspektywy głównego bohatera, część wygląda na zupełnie zewnętrzny punkt widzenia. Rwana opowieść zahacza o całą pulę pobocznych wątków, kt...

Małpie figle

Obraz
Zanim przystąpiłem do nadrabiania pierwszych dwóch części rebootu Planety małp , w głowie miałem słabiutkie filmy Burtona i żenującego Marka Wahlberga. Jednakże bardzo entuzjastyczne recenzje Ewolucji planety małp  oraz blockbusterowe oczekiwania na Wojnę  podbiły stawkę. Zaryzykowałem. I co? Geneza planety małp  to niezwykle sympatyczny film familijny. James Franco w wersji bezpretensjonalnej, Andy Serkis bawiący się rolą niezwykle inteligentnej małpy i odpowiednia dawka poczucia humoru do pary z nietypowym jak na hollywood scenariuszem sprzedały mi ten świat na nowo. Do Ewolucji  podchodziłem już z oczekiwaniami dobrego filmu, pełnego zawieszenia niewiary. A otrzymałem historię bardziej szekspirowską niż niedawny Makbet  z Fassbenderem. Małpy bardziej ludzkie niż "człowieki", film z doskonale rozegraną dramą, budzący autentyczne emocje. Teraz zaś nadeszło zakończenie, finałowa Wojna o planetę małp . Caesar zasłużył na miano najlepszej postaci wykreo...