Pretensjonalny bękart

Kuba Czekaj zdążył już ugruntować sobie pozycję w polskim kinie. Jego filmy są buntownicze, pełne eksperymentów formalnych i traktują o młodych ludziach w newralgicznym momencie dojrzewania. A Królewicz olch wygląda jak dzieło debiutanta.
Zwiastun kipiał fantastyczną energią, intrygował narracją i filtrami. Plakat – a właściwie oba! – również jest doskonały. Po seansie stwierdzam, że cała ta para poszła w gwizdek. No, jeszcze napisy końcowe wyglądają nieźle. 

Fabuła sama w sobie jest prosta jak cep – poznajemy historię czternastolatka bez kolegów, ale za to posiadającego bogatą relację z matką oraz ponadprzeciętne zdolności w kierunku fizyki. Ojca brak. I tyle. Gdzieś w tle jakiś konkurs, pojawia się ojciec, problemy matki, urodziny chłopaka... Przy czym narracja nieustannie zmienia kierunki, więc pewne wydarzenia poznajemy z perspektywy głównego bohatera, część wygląda na zupełnie zewnętrzny punkt widzenia. Rwana opowieść zahacza o całą pulę pobocznych wątków, które najczęściej w niezrozumiały sposób się urywają. Niestety!

Na plan główny wysuwa się zachowanie głównego bohatera – dlaczego jest tak antypatyczny, nie potrafi nawiązywać relacji z rówieśnikami, o co chodzi z jego ojcem. Skąd zainteresowanie fizyką? Rozwiązanie jednak rozczarowuje, jest niesamowicie naiwne. Czekaj nie szczędzi nam niepotrzebnych dialogów, bełkotliwych wykładów naukowych, żeby tylko od czasu do czasu dorzucić obce języki i recytacje Goethego. 

Perłą w koronie tej olchy mogłyby być zdjęcia – niewątpliwie interesujące, plastyczne i napakowane symboliką. Problem w tym, że symbolika nie siada. Motywy balladowe, które wysuwają się na pierwszy plan od pierwszej sceny nie zostają wykorzystane. Nieustanne powracanie do pewnego drzewa, recytowania wiersza Goethego po niemiecku (świetna scena w sklepie!) i przywoływanie ojca spina całość w atrakcyjną, acz podawaną łopatą klamrę. 

Aktorskie nierówności dają za to ciekawy efekt. Stanisław Cywka wygląda niepokojąco i antypatycznie, acz wbrew pozorom niewiele ma do grania. Za to Agnieszka Podsiadlik w roli matki rozgrywa koncert – decyzje jej bohaterki są irracjonalne, a ona w każdej scenie pokazuje się inaczej. Pozostałe role przemykają niezauważone, może ojciec czasem coś tam zrobi.

Sam pomysł na pokazanie trudnego dorastania wybitnie uzdolnionego nastolatka ma wielki potencjał. Niestety dostajemy nudny bełkot, pretensjonalne refleksje i puste dialogi. Całość nie lepi się podobnie jak konstrukcja tego tekstu, ale przynajmniej wizualnie zaskakuje i intryguje. Zadaje wiele pytań, na które odpowiedzi nie dostajemy, choć i tak by nas one nie interesowały. Próba ciekawa, pouczająca, ale potykająca się o swoje ambicje.

Komentarze