Strachy i śmiechy

Istnieją chyba tylko dwa sposoby oglądania horrorów: na poważnie, wsiąkając w klimat oraz ironicznie, przewidując jump scare'y i chichocząc z efektów specjalnych. Annabelle: Creation zadowoli fanów obu sposobów. Ale połowicznie.

Przyznam się do pewnej niekompetencji – nie widziałem pierwszego filmu o laleczce opętanej złem i szałem mordowania. Odnotowałem jedynie obecność tytułowej laleczki w Conjuring 2 Jamesa Wana, kiedy to Anabelle zaśmiecała magazyn dzielnych poskramiaczy demonów. Budowanie horrorowego uniwersum, w którym kolejne demony ujawniają swoją obecność (ważne słowo dla tego świata, nie mogę uniknąć powtórzeń), a ludzie usiłują podjąć z nimi walkę ma w sobie duży potencjał. Wszystkie serie rozwijają się w modne uniwersa, oferując tak atrakcyjną dla współczesnego widza serialowość. Jeśli nie skończy się na występach gościnnych znanych bohaterów – tutaj mamy prequel, więc geneza lalki dostarcza paru powiązań – wróżę temu uniwersum świetną przyszłość.

Ale dość o budowaniu świata, bowiem mamy paru ludzi do wymordowania. Poznajemy rodzinę Mullinsów – ojciec jest słynnym lalkarzem, żona prowadzi gospodarstwo, a córka lubi się bawić w niepokojącą wersję chowanego. Małomiasteczkowa idylla, wielki dom na odludziu. I zdarza się niezwiniona tragedia, córeczka ginie. Dwanaście lat później do domu Mullinsów zaproszony zostaje żeński sierociniec św. Eustachego. Ojciec zmarłej przyjmuje dziewczynki i siostrę Charlotte pod swój dach, zabraniając jedynie wchodzić do pokoju żony (od lat nie chodzi i skrywa jakiś sekret) oraz zmarłej. A że dziewczynki są wścibskie... Resztę fabuły śmiało możecie dopisać sobie sami. 

Od samego początku David F. Sandberg serwuje nam niepokojący klimat pięknego domu. A to religijne detale, niedomykająca się winda, odgłosy szurania, postronkowa muzyka... Absolutna klasyka, nie ma nic nowego do pokazania w konwencji horroru. Zupełnie nic. Na szczęście dawkuje te elementy w odpowiednim tempie, subtelnie prowadząc kamerę, sugerując późniejsze wydarzenia. Wiecie, domki dla lalek, samowłączające się gramofony czy pojawiająca się w dziwnych miejscach lalka. W całej tej hordzie tropów horrorowych, reżyser starannie przestrzega gorszej tradycji gatunkowej – przedstawiania bohaterów. Kompletny schematyzm, z którego zupełnie nikt się nie wychyla. Dobra zakonnica, irytujące nastolatki, naiwne dziewczynki, ponury właściciel domu. Tyle. Właściciele kryją pewną tajemnicę, pani Mullins ma swój efektowny epizod, ale trudno nawiązać jakąkolwiek więź emocjonalną.

Wytrychem do serc widzów miała być główna bohaterka. Janice koleguje się z Lindą, obiecują sobie wspólną adopcję i wymieniają się lalkami. Ale Janice jest INNA, bo zachorowała na polio i ma w związku z tym problemy z poruszaniem się. Kuleje, ma oczywiście osłabione relacje ze starszymi dziewczynkami. Amen. Niczego więcej o bohaterkach się nie dowiemy – nie mają charakterów. Brak jakiejś wyraźnie odważnej, jakieś cynicznej, wesołkowatej. Wszystkie bohaterki są takie same, tylko starsze rozmawiają raz o chłopakach. Dno. Pozostaje tylko klimat.

I przyznam szczerze, że przez pierwszą godzinę śledziłem z uwagą kolejne sceny. To nie jest głupi straszak, który razi nieścisłościami fabuły, irytuje natrętnym powtarzaniem jednego efektu. Historia spokojnie – choć przewidywalnie – się rozwija. Zaczynamy czuć zaciekawienie, co dalej i... zaczyna się drugi film.

Jest w środku Annabelle: Creation scena, która musiała mieć miejsce – opętanie. Wprowadzenie do konfrontacji z demonem zachwyca: spokojne kadry, stosunkowo lekki nastrój, nawet jeden sympatyczny żart. Nawet ukazanie się zmarłej wygląda doskonale. A potem się odwraca, krzyczy "I want your soul!" i wszystko się zmienia. Wydarzenia przyspieszają, ludzie zaczynają ginąć, pojawiają się efekty specjalne. Jakby twórcy uznali, że klimat już zbudowali, teraz czas na horror. No nie tędy droga.

Druga połowa filmu obfituje w jeszcze bardziej schematyczne rozwiązania niż pierwsza, wciska na ekran możliwie dużo "straszaków". Najgorsze jest zaś to, że nie ma w tym żadnej konsekwencji, logiki, zasad. Czego sobie scenarzysta zażyczył, co przyszło do głowy. Już Conjuring 2 miało w swoim repertuarze wiele motywów, ale jednak zgadzały się one ze sobą w wewnętrznej narracji filmu. A tutaj straszne rzeczy dzieją się ot tak, bo mamy ZŁO. Finał budzi śmiech, raczej niezamierzony przez twórców.

Mimo drastycznego spadku jakości filmu w drugiej części, seans uważam za udany. Parę świetnych scen – szczególnie ze strachem na wróble! – i początkowe wsiąkanie w atmosferę domu trzyma przy ekranie. Niestety, zabrakło cierpliwości, umiaru.

Od sceny opętania Annabelle: Creation nadaje się tylko do oglądania ironicznego. Bohaterowie zmieniają swoją lokalizację w ciągu sekundy w inne miejsce, bo są tam potrzebni, a znikają kiedy nie trzeba. W środku walki o przetrwanie mamy czas na chamską, pięciominutową genezę laleczki. W samym środku akcji! W jakimś sensie szanuję też to, że wbrew pozorom nie ginie tutaj zbyt wiele osób, a jeden zgon jest naprawdę efektowny, dobrze nakręcony. Szkoda, że straszenie atmosferą domu zostaje przegonione przez łopatologiczne jump scare'y i pokazywanie wszystkiego. Tajemnicy nie ma, jest straszalnia. 

Na wakacyjne rozluźnienie całkiem dobrze się ten horror nadaje. Idźcie bez oczekiwań.





(w skali Filmwebu 5/10)

Komentarze