Popłuczyny po mordercach
Zdenerwowałem się. Po pierwszym zwiastunie "Ach śpij kochanie", w którym siedział sobie Chyra i zgrywał Pięknego Władzia, uznałem że magia kina może ponownie sprawić, że polski morderca zainteresuje mnie swoją historią. W końcu "Jestem mordercą" tak fantastycznie się udało!
No właśnie – "Jestem mordercą". Duży sukces Macieja Pieprzycy olśnił uśpionych reżyserów marzących o podobnej sławie i splendorze. Recepta jest prosta: świetny aktor jako morderca, aspirujący jako początkujący policjant. Do tego dorzucamy przaśnie przedstawiony światek PRL, pijącego partnera, piękną kobietę, skorumpowanych przełożonych i skomplikowane relacje między śledczym a oskarżonym. Proste?
Już "Amok" w zwiastunach pokazywał, że to film Pieprzycy będzie najlepszym źródłem odniesienia. Cóż, porażka na całej linii, ale temat seryjnych morderców nie został wyczepany, więc pazerni filmowcy odkopali kolejnego zabójcę. Władysław Mazurkiewicz, Piękny Władzio – i zagrał go Andrzej Chyra.
Sukcesem "Jestem mordercą" było budowanie atmosfery niepewności, budowanie relacji i sianie wątpliwości, co potem kiełkowało na widowni, której zassana przez ekran uwaga trzymała w napięciu do końca seansu, a nawet troszkę dłużej. "Ach śpij kochanie" ostrzega tytułem, że lepiej byłoby pospać w wygodnym fotelu. Żerują na Wampirze z Zagłębia po prostu bezczelnie.
Wampira zagrał Arkadiusz Jakubik, stworzył niepokojącą, autentyczną postać, która zyskiwała w oczach widza z każdą minutą na ekranie. Więc wzięto Andrzeja Chyrę, gwiazdę prawdopodobnie bardziej znaną, bardziej uniwersalną i... nie dali mu pół sceny, żeby mógł pokazać co potrafi zrobić z emocjami przed kamerą. ANI PÓŁ. Po prostu chodzi po planie jak android i niby-elegancko wypowiada nieliczne kwestie. Nie jest to przerażające, niepokojące, w ogóle jest nijakie. A sama postać Pięknego Władzia od pierwszej sceny pokazuje, że reżyser nie miał na nią żadnego pojęcia. Elegancik, ale oglądamy 3 jego morderstwa, przy czym ledwie jedno ma jakikolwiek sens i zostaje przeprowadzone z zimną krwią. Pozostałe to chaos zmieszany z niezdarnością.
Ale jak można się spodziewać charakteru, jeśli charakterystykę bohatera przedstawia się za pomocą dwóch łopatologicznych scen? Jedzie samochodem i umyślnie wjeżdża w kałużę, oblewa ludzi na przystanku, a widz już wie: to zły człowiek. Potem jeszcze umyje byłą żonę, z którą mieszka sprawiając jej dużo przyjemności. Bo wiecie, to chory człowiek.
Lećmy dalej, porównujmy, bo aż się prosi. "Ach śpij kochanie" też pragnie pokazać świat PRL, robi to jedną sceną. Pieprzyca pięknie wplatał wizerunek świata w fabułę, wplatał wydarzenia i stereotypy w akcję, były integralną częścią filmu. Tutaj Linda ma władzę, więc młodemu policjantowi kupuje kurtkę, a dla siebie bierze alkohole oraz szynkę. Kropka, PRL odhaczony.
Młody policjant Haniszewskiego miał rodzinę, ambicję i problemy w pracy. Młody milicjant Schuchardta jest młody i podoba mu się kelnerka. Tyle. Jedyny problem w pracy rodzi się w konfrontacji z przełożonymi, bo Piękny Władek ich opłaca. Swoją drogą cały wątek Władzia nie ma sensu – wszyscy mówią, że jest spekulantem i ma złoto. Mówią. A on nie robi nic poza jedzeniem, tańczeniem i zabiciem paru osób. No, podobno gra w karty...
Relacja między oskarżonym a policjantem. "Jestem mordercą" zrobiło to wspaniale, czuło się więź między panami. Krzysztof Lang załatwił sprawę dwoma scenami (absurdalne porady krawieckie i karty).
Problemy ze śledztwem? Haniszewski pił, szukał romansu, zawodził rodzinę. Schuchardt ma jedną scenę, żeby się upić.
Kumpel/partner pijący. Są tu i tu, w "Jestem mordercą" był po coś, tutaj postać Jakubika wyróżnia się tylko tym, że nie lubi gołębi (ze wzajemnością). Tyle.
Tyle, tyle, tyle.
Scenariusz kompletnie nie liczy się z postaciami kobiecymi. Ich rolą jest albo zgrywać bezbronną i oczekiwać sceny rozbieranej (Gruszka) albo połowę grać nago, połowę po prostu stać sztywno (Warnke). Nie liczę kompromitacji Katarzyny Figury (30 sekund?) czy szóstego planu Izabeli Kuny.
W ogóle patrząc na zebrane grono aktorów, ekran powinien trzeszczeć emocjami. A nie dzieje się nic. Epizody zaliczają kolejne znane twarze, które chyba przechodziły akurat obok planu i miały wolne trzy minuty w garderobie i minutkę na dwa ujęcia. Nikt nikogo nie obchodzi, po prostu wszystko leci sobie według skryptu.
Ciekawie zachowują się statyści, szczególnie w warstwie dźwiękowej. Mamy scenę, w której zebrał się tłum wrogo nastawiony do Władzia. I słychać szum plus jednego gościa mówiącego "Ty morderco". Bez emocji, po prostu. Chwilę później ten sam moment. Czy to parodia?
Narzekam na aktorów, nic nie piszę o zdjęciach. Bo nie ma o czym. nic nie przykuwa uwagi. Ktoś zamarzył sobie klimat noir, ale poczytał tylko, że ma być dużo czerni. Nuda w wizualiach, nuda w fabule, nuda w dialogach. Nic nie przyciąga uwagi poza głupotami scenariusza.
Na przykład główny bohater, policjant, zostaje oskarżony o kolaborowanie z rządem USA, trafia do więzienia, jest torturowany przez byłego przełożonego. 2 minuty czasu ekranowego później przełożony wyciąga go z kicia i nigdy już nie wracają do tego tematu.
A, nie napisałem nic o flashbackach/forwardbackach! I dobrze, nie mam ochoty. DNO.
Scenariusz nie istniał, były tylko punkty filmu o mordercy w czasach PRL do odhaczenia.
Nie polecam nikomu, nie nadaje się nawet do oglądania ironicznego. Ohydne popłuczyny. Lepiej po raz szósty zobaczyć "Jestem mordercą" Pieprzycy. Oj, jak lepiej

Komentarze
Prześlij komentarz