Antypatyczność, czyli o moim problemie ze wzruszeniem

 Problem emocji w kulturze to bardzo szeroki temat - w końcu czymże jest twórczość człowieka, jeśli nie jednym wielkim opowiadaniem o swoich i cudzych przeżyciach? 


Nie jestem kulturojadem przesadnie emocjonalnym w zetknięciu z filmem, książką czy inną formą doświadczeń kulturowych. Rzadko przy takich okazjach płaczę. Wyznając: płakałem będąc dzieciakiem na "Szeregowcu Ryanie" (bo mój tata płakał), na "Przyjaciołach" (gdy Chandler się oświadczał, a mnie ogarnęła samotność) oraz na "Toy Story 3", gdy Andy oddał zabawki. I czasem było blisko, na przykład na każdej z części "Strażników Galaktyki", ale jednak są to jedynie incydenty. Książkowo jeszcze nigdy nie uroniłem łzy - po prostu inaczej obcuję ze wzruszeniem, inaczej zbiera się we mnie ta emocjonalna energia. Tak już mam, choć im więcej lat na karku, tym więcej jakby takich drżeń w momentach dla mnie niespodziewanych - zobaczymy, czy i kiedy dojdę do etapu płaczącego jak bóbr.


Tymczasem jest pewna kategoria książek, która na wzruszeniu niejako bazuje, bo ta emocja ma zawładnąć czytelnikiem. Nie mam tu na myśli romansów, pisanych na nieco inną, naiwniejszą modłę. Nie wiem, czy dzieła tego typu mają swoją nazwę czy jedynie ja zauważam taką prawidłowość, lecz skoro już zasiadłem do pisania z pewnym pomysłem - ustanowię sobie roboczą nazwę "antypatycznego wzruszenia".


"Antypatyczne wzruszenie" to niezwykle bezczelne podejście do odbiorcy. Chodzi o to, aby zbudować postać ze wszech stron odstręczającą, z której wady wylewają się jak woda z Niagary - ale tylko dlatego, że w dalszej części okaże się, że ma złote serducho, ino trauma mu przeszkadzała. Albo i nie trauma, czasem po prostu pomysł na książkę kazał mu być kawałem gnoja, bo przejście na jasną stronę Mocy to przecież piękny "redemption arc" i w ogóle fajerwerki w sercach niewiast!


Co nie? Łotr ze złotym sercem, które trzeba wydobyć z jadu, sarkazmu czy czarnej magii? Toż to piękne, WZRUSZAJĄCE, ta jego przemiana. Tak, oczywiście, mamy w tym momencie świata kult przemiany, każda historia powinna pokazywać zmiany w charakterze rozbudowanych postaci - otrzymujemy podprogowy przekaz, że każdy - nawet tak okrutny czytelnik jak ty - może się zmienić. Stać się lepszy.

Dr House to jeden z moich ulubionych przykładów. Antybohater, choć geniusz - więc wybaczamy mu chamstwo, mizoginię czy jakieś narkotykowe odpały. Bo charyzma, humor i urok osobisty Hugh Laurie'ego. Sam uwielbiam House'a, wskazuję go jako pozytywny przykład, wcale nie "antypatycznego wzruszenia". Po prostu historie o "bad boy'ach" da się zrobić dobrze. Cóż więc mnie na tyle uruchomiło, że ukułem sobie teorię szufladkującą? Od zawsze byłem wyczulony - pewnie wybiórczo, mam w sobie ubrudzony pychą gen hipokryzji - na szantaże emocjonalne. CZYTELNIKU, WZRUSZ SIĘ TU, DZIEJĄ SIĘ WZRUSZAJĄCE RZECZY, JAK MOŻESZ NIE PŁAKAĆ?


Dwie książki. Z pozoru jakże inne, jakże niepowiązane ze sobą. Czytane na przestrzeni miesiąca, stąd zapewne to uczucie, uczucie emocjonalnej miny przeciwpiechotnej. Uwaga, gotowi? Prawdopodobnie zaskoczę każdego, ktokolwiek miałby się tu zjawić, bo tytuły są raczej znane, raczej lubiane, ale i nie od tej mojej "antypatyczności" znane. 


"Mężczyzna imieniem Ove" Friedrika Backmana i "Okruchy życia" Kazuo Ishiguro. Bum, rzekłem.

 Moim zdaniem te dwie książki, a w zasadzie sposób konstruowania tam bohaterów, bazują na "antypatycznym wzruszeniu". Ove to zatwardziały konserwatysta, który przechodząc obok konserw, wywołuje w nich kryzys tożsamościowy. Życie i ojciec nauczyły go zasad, on tych zasad nie zamierza podważać, rozumieć - po prostu każdy mężczyzna musi jeździć Saabem, umieć cały elementach złotej rączki i wszystko, cokolwiek jest nowe, należy wykosić równo z gruntem. W dodatku niedawno został wdowcem, więc nostalgiczne powroty do świata czasów przeszłych, czyli najlepszych, czekają na czytelnika na każdym kroku. I na czym polega książka? Ano Ove jest opryskliwy, wredny, szowinistycznie nietolerancyjny, a przy tym całkowicie pozbawiony autorefleksji - więc Backman zabiera nas w podróż przez stawanie się innym człowiekiem. Wielu czytelników uwielbia ten wątek, bo dostarcza sporo humoru, Ove pakuje się w absurdalne sytuacje, a świat nie nadąża za jego dziwactwami, lecz sąsiadka z Iranu zaczyna go zmieniać. I świat i Ovego, bo przecież tak musi być. I czytelnik od razu to czuje, wie, jak to się musi skończyć. KAŻDY CHOLERNY WĄTEK skończy się dokładnie tak, jak możecie to sobie wyobrazić na początku książki. Bo świat tych książek działa w sposób nierealny, a jedynie antypatyczno-centralny. Ta jedna postać, cały świat przedstawiony się wokół nich kręci. Ich zmienia, przy okazji inni korzystają albo zostaną ukarani za złe czyny. Ale wszystko wobec naszego "antypatycznego wzruszalnika". Dla mnie nie jest to wcale pogłębiona postać, choć ewidentnie na taką pozuje. Jest na jedno kopyto, po prostu po uderzeniu wywołuje wiele iskier.

Ishiguro robi podobnie ze swoim panem Stevensem. Doświadczony kamerdyner, fachura przepotężny, konserwatywny jak Ove, zna się na życiu, bo zna się na kamerdynerowaniu. Kamerdynuje całą książkę, całe życie sobie tak kamerdynuje. Ot, cel prosty, życie na logicznych zasadach, ambicji żadnej. Zasady, doświadczenie i - a jakże! - absolutny brak autorefleksji. Zerowe dopasowanie do świata, choć teoretycznie zawodowo zajmuje się reagowaniem na przeróżne sytuacje w domu swojego pana. Sługa z wypranym mózgiem? Może i tak, ale ma to być wyraźne, że Stevens w swoim poczuciu dobrotliwości jest po prostu ślepy na innych ludzi, szczególnie tych niekompetentnych. Można mu nawet w tym kibicować. Japoński Noblista niestety wynosi swojego bohatera na wyżyny niuansowania, bo kamerdyner rusza w podróż, która zmieni jego światopoglądy, chyba wszystkie. To pretekst do przemiany jak u Kafki przecież! 

Tak, ale Kafka niuansuje bez efekciarstwa, jego bohater ma nie tylko wady, nie skupia się wokół niego organizm świata. Ishiguro i Backman we wspomnianych książkach zmieniają bohatera powierzchownie, a nie z głębi egzystencji. Pozornie wszystko gra, lecz mnie to boli, bo czuję sztuczność. A przemiana musi być prawdziwa, żeby działała.


Ja wiem, że problem jest we mnie, w moim wewnętrznym cynicznym czytelniku. Że nie chcę dać się nabrać na ten "antypatyczny wzrusz", że pewnie tli się we mnie ten sam typ bohatera i czekam na magiczne zaklęcie zdejmujące urok, ale... Skrytykowałem Noblistę, bo mnie rozczarował. Od Backmana wiele nie oczekiwałem, lecz zobaczyłem potencjał na pełnokrwistą literaturę. Dostałem dwa kapiszony. Dochodziły do mnie głosy od czytelników, że łzy wzruszenia zalały im ostatnie strony, a jestem innym typem czytelnika niestety. I potencjał, niewątpliwy, aż mnie zdenerwował swoją niewypalalnością. Czy chciałbym się zachwycić? Jasne! Zazdroszczę wzruszonym, ale poczułem się jedynie szantażowany. 


Nie zmienia to faktu, że ten prosty sposób wywoływania emocji wydaje się być przepisem na sukces. Nawet tanie romansidła lecą na okropnym (ale przystojnym, wiadomo) przemocowcu, który się zmieni, bo bohaterka znajdzie do niego kluczyk. Bo to się sprzedaje, bo zmiana jest czymś atrakcyjnym, bo pozwala wierzyć w lepszy los dla świata. Gdybyśmy tylko zmieniali się dla antybohaterów rzeczywistego świata... Gdyby taki Hitler był bohaterem do "antypatycznego wzruszenia"... Tak, o to mi chodzi. Wiem, że to nieuczciwe, lecz tak czuję, z takimi emocjami się zmagam podczas książek o tym typie bohaterów.


Raskolnikow dostał odpowiednio przez łeb, żeby nie był jak Ove czy Stevens, inaczej rozpisano jego przemianę. Zadziałało, w Rodiona wierzę, był dla mnie prawdziwy. Bo dostał w łeb od Soni i świata, dostał ten gen autorefleksji, stał się jak żywy. Da się. Tego chcę, więcej Raskolnikowów...


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Popłuczyny po mordercach

Bajka, bójka i brawurka

Małpie figle