Antypatyczność, czyli o moim problemie ze wzruszeniem
Problem emocji w kulturze to bardzo szeroki temat - w końcu czymże jest twórczość człowieka, jeśli nie jednym wielkim opowiadaniem o swoich i cudzych przeżyciach? Nie jestem kulturojadem przesadnie emocjonalnym w zetknięciu z filmem, książką czy inną formą doświadczeń kulturowych. Rzadko przy takich okazjach płaczę. Wyznając: płakałem będąc dzieciakiem na "Szeregowcu Ryanie" (bo mój tata płakał), na "Przyjaciołach" (gdy Chandler się oświadczał, a mnie ogarnęła samotność) oraz na "Toy Story 3", gdy Andy oddał zabawki. I czasem było blisko, na przykład na każdej z części "Strażników Galaktyki", ale jednak są to jedynie incydenty. Książkowo jeszcze nigdy nie uroniłem łzy - po prostu inaczej obcuję ze wzruszeniem, inaczej zbiera się we mnie ta emocjonalna energia. Tak już mam, choć im więcej lat na karku, tym więcej jakby takich drżeń w momentach dla mnie niespodziewanych - zobaczymy, czy i kiedy dojdę do etapu płaczącego jak bóbr. Tymczasem jest p...