Zmatowiałem, czyli parę słów o grze, która wylazła poza ekran
Lata temu "rzuciłem" gry video. Była to świadoma decyzja, poparta logiką czasową - jeśli zarywam noce, żeby przejść kolejną ścieżkę Alpha Protocol, wyzbierać znajdźki w Asassin's Creed czy wbić poziom w Diablo II, mogę mieć problem z ogarnięciem studiów.
Dziękowałem sobie za taką decyzję. Nie miałem co prawda kłopotów na studiach, czytałem w zawrotnym tempie, a doświadczenia zarywania nocek skutkowały oczytaniem i rozciągniętą do granic możliwości dobą, ale jednak czułem, że robię coś dojrzałego, dobrego. Jednocześnie nienawidziłem się za to. Zniszczyłem laptopa, kupiłem takiego bez karty graficznej, żeby służył do pisania i tak to trwało parę dobrych lat. Zastąpiłem gry video planszówkami, które dają podobną satysfakcję, a wymagają jednak ludzi, dają pretekst do spotkania z innymi ludźmi. Uwielbiam do dziś.
Skąd ten wstęp? Ano dostałem w tym roku PlayStation 5, z wielkiej rodzinnej zrzutki z okazji przekroczenia trzydziestki. Nie chciałem tego, wyraźnie to zadeklamowałem. I teraz mam pierwszą w życiu konsolę, mam jeszcze wakacje i ogrywam sporo tytułów. Jeden z nich nawet zmusił mnie do pewnych przemyśleń, które nadają się jedynie na formę blogową. Wyjaśnione? To jedziemy!
Nie jestem zbyt dobrym graczem. Byłem nałogowcem, pewnie nadal jestem, acz nieco lepiej się kontroluję, ale nie jestem dobrym graczem. Lata przerwy zmieniły moje postrzeganie kultury, więc wymagam opowieści, narracji i dobrze mi z tym. Mechaniki uwielbiam testować na planszy, nawet szachowej. Ale to co innego. Tymczasem trafiłem na grę, która kusiła mnie wieloma pięknymi rozwiązaniami, otwartym światem, potężnym naciskiem na rozwój postaci i poziomem trudności. I ten opis pasuje nie tylko do Elden Ring, o którym chciałem tu pisać, lecz do pierwszej ogranej na konsoli God of War: Ragnarok. Ba, tam historia i bohaterowie są wspaniali! Tym niemniej, inna rzecz.
ELDEN RING. Gra studia FromSoftware, które wynalazło nowy typ gier, tak zwane "soulslike". Rozwijamy postać, walczymy z bossami, szukamy ekwipunku, uczymy się czarów... Ale przede wszystkim giniemy. I jeszcze raz, próbujemy inaczej pokonać przeciwników, szukamy sztuczek. A wrogowie są pomysłowi, zróżnicowani i zabójczy. I giniemy. Takich prób może być mnóstwo, stanowczo za dużo, czasem człowiekowi nerwy puszczą i gdyby nie wiedział, że to cholerstwo relaksuje to rzuciłby padem w diabły. I giniemy.
Świat jest otwarty, niebezpieczny, niezwykle zróżnicowany. Nawet kiedy poznamy zasady (głównie: uciekać!), okaże się, że twórcy łamią swoje reguły, stale nabierając graczy. Skrzynki gwarantują skarby? No, ale niektóre teleportują Cię do piekła, drogi graczu. I stracisz to, o co walczyłeś. Okrutne i piękne w przeżywaniu, gwarantuję.
Postać można rozwinąć w dowolnym kierunku. Ktoś chce "walić z axa" albo "z różdżki"? No problemo. Wolisz chować się za tarczą i wyprowadzać kontrataki? Albo okrążać przeciwnika? Strzelać do niego z łuku czy kuszy? Śmiało, kombinuj!
Piękne rzeczy, więc każdy pokonany przeciwnik to potężna satysfakcja. Poprzedzona minutami frustrujących prób, uczenia się zachowań bossa, ćwiczeniem uników, testowaniem pomysłów na wykiwanie tej cholernej turboważki z mocą lewitacji. Czasem minuty idą w godziny, ale kto by to liczył?
Dlaczego piszę o Elden Ringu? Bo mnie uświadomił.
Nie jestem pewny czy będzie to dla kogokolwiek poza mną czytelne, może ktoś nawet wytknąłby mi błędy w rozumowaniu (ha, to naiwne liczyć na reakcje skądś!), lecz stanąłem w miejscu. Wygodnym, byciu mną, ale jednak stanąłem w miejscu. Nie rozwijam się.
Grając w Elden Ring czuję małe postępy. Lepiej rozumiem zachowania przeciwników, zdarza mi się poświęcić sporo czasu na podniesienie doświadczenia postaci, zacząłem oglądać poradniki - żeby tylko przejść tego bossa, poczuć większą moc postaci, zrobić kroczek dalej. Mały kroczek, ale kroczek. Jest coraz trudniej, lecz ja lepiej sobie radzę. Nawet ograniczenia rzucane mi przez grę (gram rok po premierze i nie mogę wypełnić questu z najeżdżaniem innych graczy, bo nie ma kogo...) nie psują mi zabawy.
Jednocześnie... Życie. Czy faktycznie tak działam w rzeczywistości? Robię te kolejne kroczki pozwalające sprostać kolejnym, coraz trudniejszym przeciwnościom? Czy czuję własny rozwój?
Znam odpowiedź, raczej nasuwa się gdzieś spomiędzy kolejnych zdań. Ba, nawet ten rozwój w Elden Ring jest iluzoryczny, bo ja jestem lepszym graczem czy znalazłem lepsze narzędzia? Stop, to zdanie jest błędem logicznym.
Weźmy inny, a jednak zbliżony przykład. Maluję figurki. Z gier planszowych. Ot, hobby. A może ex-hobby? Zajmuję się tym parę lat, parę gier zdążyłem pomalować, niektóre nawet zadowalająco, do dziś je mam i chętnie gram. Niestety wpadłem w dół, nie potrafię się zebrać, by popaćkać plastik. Samo uszykowanie sobie stanowiska przerasta moje możliwości w ostatnich miesiącach. Dlaczego? Efekty mnie rozczarowują, nie widzę żadnego elementu, z którego byłbym zadowolony. Widzę regres raczej. Logicznie wiem, że trochę muszę poćwiczyć, wrócę na akceptowalny poziom, ale logika przestaje działać, kiedy umysł stawia blokadę.
Wiem. Wziąć ten pędzel, zmusić się do malowania. Poćwiczyć, rozwinąć postać, poszukać sposobu na tego bossa, pomalować figurkę do końca. Nawet koślawo, nawet surowo, ale dokończyć. Przerzucić się na inny typ zadania, może wypróbować technikę, o której nie myślałem, że kiedykolwiek po nią sięgnę. Teorię znam. Jednakże Elden Ring mi zepsuł "mind set", a wiem, że kupno lepszego pędzla gówno zmieni, bo może Michał Anioł z gówna ulepi arcydzieło, lecz ja bym najlepszy marmur oszpecił.
Takie tam przemyślenia, rozciągające się na całe ludzkie życie powodują gry. Można spojrzeć na inne aspekty ludzkiego żywota, na relacje, na satysfakcję zawodową, poczucie własnej wartości. Niby tylko gra, jedynki i zera w kodzie, siedzenie przed ekranem. A jednak jakże potrzebne.
Próba, próba, próba. To kiedyś nie będzie tylko próba, lecz dobry efekt. Tak to działa, każdy artysta czy sportowiec tak mówi.

Komentarze
Prześlij komentarz