Małpie figle

Zanim przystąpiłem do nadrabiania pierwszych dwóch części rebootu Planety małp, w głowie miałem słabiutkie filmy Burtona i żenującego Marka Wahlberga. Jednakże bardzo entuzjastyczne recenzje Ewolucji planety małp oraz blockbusterowe oczekiwania na Wojnę podbiły stawkę. Zaryzykowałem. I co?

Geneza planety małp to niezwykle sympatyczny film familijny. James Franco w wersji bezpretensjonalnej, Andy Serkis bawiący się rolą niezwykle inteligentnej małpy i odpowiednia dawka poczucia humoru do pary z nietypowym jak na hollywood scenariuszem sprzedały mi ten świat na nowo. Do Ewolucji podchodziłem już z oczekiwaniami dobrego filmu, pełnego zawieszenia niewiary. A otrzymałem historię bardziej szekspirowską niż niedawny Makbet z Fassbenderem. Małpy bardziej ludzkie niż "człowieki", film z doskonale rozegraną dramą, budzący autentyczne emocje.

Teraz zaś nadeszło zakończenie, finałowa Wojna o planetę małp. Caesar zasłużył na miano najlepszej postaci wykreowanej komputerowo, a Serkis na Oscara. Efekty specjalne po prostu zachwycają, są niezwykle skutecznie wbudowane w obraz, więc ani przez moment nie czułem, że za fasadą komputerowej grafiki byli tylko statyści, a połowę budżetu zgarnęło studio od efektów. Mało tego, czarny charakter dostał na tyle dużo czasu ekranowego, że Woody Harrelson nabrał więcej światłocieni niż Batman z trylogii Nolana. Wojnę ogląda się doskonale, mija szybko.

Mam oczywiście masę zastrzeżeń, aczkolwiek to, co mi przeszkadzało, dla wielu może być zaletą. Przede wszystkim brawurowy scenariusz. Nie będę wchodził w spoilery, ale samej wojny w Wojnie nie ma prawie wcale – jedna ciut efektowniejsza scena batalistyczna. Więcej tu wędrówki, ucieczek i planowania niż potyczek. O ile wspaniale działa to na rozwój postaci, uwypukla każdą podjętą decyzję wraz z konsekwencjami, tak sama historia dziejąca się obok ekranu... rozczarowuje. Pełnymi garściami sięga do klasyków – nawiązań do Czasu apokalipsy Coppoli nie sposób zliczyć – i stawia na emocje. Trudno mieć do takiego podejścia zastrzeżenia, bo film Reevesa jest oryginalny, ale mnie bolały kolejne ruchy łopaty mówiące nam o emocjach. Wszystko, co zobaczyć można w oczach Serkisa, prędzej czy później zostaje podkręcone do oporu w dialogach. Zdarzają się emocjonalne perełki, np. scena monologu Harrelsona i kontrastująca z nią finałowa konfrontacja, ale mimo użycia języka migowo-małpiego, pada tu zbyt wiele słów.

No ta deus ex machina w finale... Rozwiązanie konfliktu przychodzi znikąd, choć światopoglądowo ma wiele sensu. Udowadnia tezy padające w całej trylogii, jest słodko-gorzkie, ale... Kurczę, to było naprawdę jak cios łopatą. Trochę łatwizna, panowie scenarzyści.

Druga rzecz, która od zawsze mnie w kulturze irytuje to nadmiar powagi, zwietrzały patos. Jasne, nie ma tu typowego powiewania flagą czy łzawych wyznań na łożu śmierci (ba, są doskonałe nawiązania do tych motywów, za które biję pokłony!), ale Wojna o planetę małp to najpoważniejszy blockbuster od lat. Humor opiera się na jednej postaci, przez co łamie się klimat. Poważne wydarzenia potrzebują powagi, aczkolwiek w filmie o małpach jeżdżących na koniach potrzeba oddechu! Reżyser tymczasem pragnie zdobycia emocji widza w sposób całkowity, nie chce dystansowania się od obrazu. I jeśli ktoś to łyknie z całym dobrodziejstwem inwentarza Wojna stanie się jego ulubionym filmem tego lata.

Szanuję decyzje scenariuszowe, autentyczną pasję twórców i zaangażowanie aktorów w pracę nad tym filmem, uważam zamknięcie trylogii za bardzo dobre. Więcej emocji wzbudzała we mnie poprzednia część, ale i Wojna o planetę małp udowadnia, że od letniego blockbustera możemy wymagać po prostu więcej. I to jest największy sukces Serkisa i spółki.







(w skali filmwebu 7/10)

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Popłuczyny po mordercach

Bajka, bójka i brawurka